Sałatka nicejska

Sałatka nicejska, salade niçoise,  czyli jedna z podstawowych przystawek prowansalskich składa się głownie z crudités czyli świeżych, surowych warzyw: pomidorów, czerwonej cebuli, czarnych oliwek, jajek i anchois i tuńczyka.  Jeśli chodzi o pozostałe składniki, to trwa o nie prawdziwa wojna. Wystarczy wpisać salade niçoise w Googla, żeby być jej świadkiem. Dziesiątki przepisów na „prawdziwą”, oryginalną”, „tradycyjną”, „autentyczną” sałatkę nicejska, a każdy z nich jest inny. Trwają zażarte spory, czy powinno się do niej dodać gotowane warzywa takie jak zielona fasolka i ziemniaki, czy tuńczyk jest rzeczywiście obowiązkowym składnikiem, spoko przez swoja cenę był dość rzadko używany, czy sałata faktycznie powinna się znaleźć na talerzu, a co z papryką czy rzodkiewką?  Długo by wymieniać. Jeśli jesteście zainteresowani zerknijcie na stronę Slate.fr i poszukajcie: La vraie recette de la salade niçoise. Poznacie zdanie prawdziwie prawdziwego nicejskiego lokalsa, który wytłumaczy wam, jakie składniki są obowiązkowe, jakie można ostatecznie dopuścić (pamiętając żeby przy ich spożywaniu zachować dostatecznie zniesmaczony wyraz twarzy) i te, których absolutnie należy unikać. My będziemy jednak mniej  ortodoksyjni i w naszej sałatce użyjemy następujących składników:

Dwie główki sałaty rzymskiej
Garść pomidorków koktajlowych
Garść czarnych oliwek
Mała czerwona cebula
150 gr zielonej fasolki
2 jajka
6 filetów anchois
Puszka tuńczyka z sosie własnym

Fasolkę wrzucamy na 3 minuty do gorącej wody. Chcemy, żeby była soczyście zielona i chrupiąca.  Jajka gotujemy 6 minut, obieramy i dzielimy na połówki. Sałatę dzielimy na mniejsze kawałki, dodajemy przepołowione pomidorki, oliwki, fasolkę, pokrojoną w krążki cebulę, tuńczyka i anchois. Na wierzchu układamy jajka. Podajemy z sosem vinaigrette.

Stek z tuńczyka

Tuńczyk istniał dla mnie tylko w puszce. Miewałam okresy, ze nawet go lubiłam. Pod warunkiem jednak, że był wymieszany z twarożkiem i położony na kanapce. Wszelkie tuńczykowe sałatki, mieszkanki ze szpinakiem czy z makaronami były dla mnie średnio smaczne. Mój pierwszy kontakt z pozapuszkowym okazem nadarzył się przy okazji jakiegoś sushi. Było całkiem nieźle, choć  z racji ceny tuńczyk występował w ilość laboratoryjnej, więc nie miałam okazji zachwycić się smakiem. Widać stosunek koron do kilogramów ryby jest w Danii korzystniejszy, bo Brian z tuńczykiem byli najlepszymi kumplami  i było kwestia czasu, kiedy i ja dołączę do grupy. Do naszego spotkania doszło na Malcie. Byliśmy już tam kilka dni i od samego przyjazdu bezskutecznie szukaliśmy dobrej restauracji, bo to, co dotychczas nam podawano, mogło smakować jedynie zalanym w trupa Anglikom. Wyczytaliśmy w przewodniku, że na południu wyspy znajduję się  Marsaxlokk- mała wioska rybacka. Byliśmy pewni, że tak właśnie znajduję się nasza idealna restauracja. Miejsce faktycznie wyglądało świetnie, a restauracji w porcie pachniało całkiem zachęcająco. Cóż z tego, kiedy nam się zachciało popływać. Wiadomo, port sie do tego nie nadawał, przewodnik  w kwestii kąpielisk milczał, zaczepiliśmy więc przechodzącego lokalsa, a on był tak miły, że zaproponował nam, że podrzuci nas do najbliższej plaży, bo jest to kawałek drogi.  I ku naszej rozpaczy wywiózł nas do sąsiedniego miasteczka, gdzie ani portu ani restauracji nie było…

Uratowało go to, że plaża faktycznie była niezła i podobno kursowały jakieś autobusy, którymi mogliśmy wrócić do Marsaxlokk. Wykąpawszy się w morzu, wsiedliśmy więc do autobusu, który miał nas zawieść na idealną kolacje w porcie. Po 20 minutach jazdy zorientowaliśmy się, że jedziemy w zupełnie innym kierunku i nawet nie bardzo jest się kogo spytać gdzie, bo jesteśmy jedynymi pasażerami, a nauczeni doświadczeniem, staraliśmy się za wszelką cenę uniknąć rozmowy z kierowcą (chcesz aby krakowscy kierowcy autobusów wydawali ci się mili, pomocni i uśmiechnięci? Podróżuj autobusem po Malcie). Nie mieliśmy jednak wyjścia, Brian zdobył się na odwagę i podszedł do kierowcy. Pogadali chwilę, po czym zszokowany wrócił do mnie i oznajmił, że kierowca, a raczej kierowczyni była super miła, wyjaśniła mu, gdzie jedziemy, więc odważył się zapytać, czy będzie tam, jakaś restauracja, gdzie możemy dostać dobrą rybę. I babka nie tylko znała takie miejsce, ale jeszcze zboczyła trochę z kursu, żeby nas tam podwieźć! Szok normalnie. Głodni usiedliśmy przy stoliku i zaraz podszedł do nas gościu, który jak się okazało, jest kelnerem, kucharzem i właścicielem restauracji w jednym. Poradził nam, co zamówić i ja wylądowałam z dorszem, a Brian mógł zaspokoić swoją żądze tuńczyka: zamówił stek. I muszę przyznać, nigdy nie byłam tak zazdrosna o jego danie. Stek był idealny: smakowity, soczysty i mięsny (dokładnie tak: mięsny).

Od tego czasu, gdy tylko mamy okazje i nie jesteśmy akurat pod kreską (niestety 2 steki to wydatek ok. 60zł) to kupujemy 2 kawałki tuńczyka i przygotowujemy go tak:

 

-2 steki z tuńczyka (ok.2-3 cm grubości)
-marynata

  • 1 ząbek czosnku
  • 2 małe papryczki piri piri/ połówka chilli lub 1 łyżeczka chilli w proszku
  • sok z ćwiartki cytryny
  • 2 łyżeczki sosu sojowego
  • 4 łyżeczki oleju ryżowego

-sos z zielonego pieprzu

  • słoiczek zielonego pieprzu w zalewie
  • mała śmietana 12%
  • sok z ćwiartki cytryny
  • pieprz

-dodatki:

  • młode ziemniaki z koperkiem
  • zielony groszek z odrobiną masła

W małej misce mieszamy posiekana, czosnek, sos sojowy, olej i sok z cytryny. Steki płuczemy pod wodą, osuszamy i smarujemy marynatą (najłatwiej użyć sylikonowy pędzel). Przykrywamy folią i wstawiamy na 30 min do lodówki. Nastawiamy ziemniaki (ja przygotowuje je na sposób duński: wrzucam już do gotującej się wody, gotuje pod przykryciem 10 min, a następnie wyłączam gaz i nie zdejmując pokrywki, zostawiam na kolejne 10min). Żeby nie tracić czasu zajmiemy się przygotowanie sosu. Do rondelka wrzucamy odsączony pieprz i wstawiamy na mały ogień. Podgrzewamy je delikatnie do momentu, w którym uwolnią aromat. Dodajemy wtedy łyżkę śmietany i dokładnie mieszkamy. Skrapiamy sokiem z cytryny,  wlewamy resztę śmietany  i doprawiamy zmielonym czarnym pieprzem. Cały czas mieszając, podgrzewamy sos (ale musimy uważać, żeby go nie zagotować!). Gdy zrobi się gorący (do podania mamy 10-15min, więc musi zachować ciepło) ściągamy go z ognia, przykrywamy pokrywką i odstawiamy na bok. Przygotowujemy zielony groszek. Wrzucamy go na osoloną, gotującą się wodę, na nie więcej niż 3-5 min, żeby groszek zrobił się ugotować, ale zachował kolor i jędrność. Po ugotowaniu hartujemy go w wodzie z lodem. Na 2 min przed podaniem wrzucamy go z powrotem do rondelka, dorzucamy łyżkę masła i podgrzewamy do momentu, w którym groszek się podgrzeje, a masło rozpuści. Czas na smażenie steków. Patelnie grillową smarujemy odrobiną oleju ryżowego  i rozgrzewamy (jeśli wrzucić na nią kropelkę wody będzie skwierczeć). Smażymy steki z każdej strony po 2 minuty. Nie pozostało nam nim poza wyłożeniem poszczególnych elementów dania na talerz i podaniem.