Faszerowane pomidory- tomates farcies

SAM_1585-01Mniej więcej o tej porze roku osiem lat temu spakowałam dwie wielkie walizki i ruszyłam na rocznego Erasmusa do Grenoble. Miasto nie przywitało mnie z otwartymi ramionami. Było dość zimno, padało, byłam zmęczona podrożą, a na dworcu nie było ruchomych schodów, ani działającej windy i musiałam sama wynieść moje bagaże po długich schodach, bo nikt nawet nie pomyślał, żeby zaoferować mi pomoc. Kiedy udało mi się dotrzeć do przystanku tramwajowego i ustalić, który tramwaj zabierze mnie na miasteczko studenckie, nie przewidziałam, że będę musiała z niego dwukrotnie wysiadać, bo bilety można było kupić tylko w maszynach na przystanku, a kiedy już się owy bilet się zakupiło, nie było szans, żeby go w tramwaju skasować, bo kasowniki ustawione były tylko na przystankach. Gdy w końcu dotarłam do akademika i wypełniłam stos dokumentów, dostałam klucz do mojego pokoju. Szybko wniosłam swoje bagaże na drugie piętro i otworzyłam drzwi, żeby poznać miejsce, w którym miałam spędzić kolejne miesiące. W pierwszym momencie myślałam, ze to jakaś pomyłka. W podaniu o akademik wybrałam opcje zakwaterowania tradycyjnego, ale do głowy mi nie przyszło, ze tak to może wyglądać. Pokój wyglądał gorzej niż jakikolwiek, jaki widziałam w Polsce. Meble były brudne, poza tym rozpadały się i śmierdziały pleśnią. Materac przeraźliwie skrzypiał i odciskał na moich placach każda sprężynę, krzesło przy biurku miało rozcięte nożem siedzenie i oparcie, a na podłodze brakowało polowy płytek, a ze ścian odchodziła tapeta. Poprzedni lokator musiał w pokoju cały czas palic, bo strasznie śmierdziało papierosami. Na cale piętro były dwa prysznice, dwie toalety i mała kuchnia z dwoma elektrycznymi palnikami, z których działam zwykle tylko jeden. Kuchnia była jedynym miejscem, w którym dało się złapać wifi, pod warunkiem, ze usiadło się w otwartym oknie.

Grenoble

Grenoble

Cala przyjemność miała mnie jednak kosztować tylko nieco ponad 100 euro miesięcznie, postanowiłam wiec zacisnąć zęby, rozpakować się, a następnie wyjść poszukać czegoś do jedzenia. Okazało się,  ze w moim świetnym akademiku działa stołówka. Choć to, co zobaczyłam w pokoju powinno mnie zniechęcić do jej odwiedzenia, byłam zbyt zmęczona, żeby upuścić kampus w poszukiwaniu jakiegoś sklepu (na terenie miasteczka zakazana była jakakolwiek komercyjna działalność, była tylko poczta, pralnia, stołówki i klub studencki). Jak się potem okazało, nawet gdybym postanowiła pojechać na zakupy do Lyonu, zajęłoby mi to mniej czasu, niż załatwianie wszystkich formalności uprawniających mnie do korzystania ze stołówki. Mieli do niej bowiem wstęp tylko studenci i pracownicy uniwersytetu, którzy mieli ważna legitymacje (giga kolejki do dziekanatu nie są tylko polską specjalnością) i doładowaną kartę prepaidową (kolejka do wyrobienia i osobna do doładowania). Nie miałam jednak czego żałować. Okazało się, ze trzydaniowe posiłki w stołówce kosztują jedynie 2.85 euro, a ich różnorodność i smak nie pozostawiają nic do życzenia. Jako przystawki serwowano np. salade frisée au jambon czyli sałatkę z dojrzewającą szynką lub wędzonym boczkiem z grzankami i sosem vinegret (dostępnym w wielkim garnku na środku sali), taboulé, czy kawałek pizzy, a na deser sery, owoce lub jogurt. Dwa z dań głównych były zwykle typowo francuskie, a jako trzecie serwowano rożnego rodzaju makarony czy lasagne. Na miasteczku była tez osobna stołówka, która serwowała jako danie słowne tylko i wyłącznie steki z frytkami. Mięso było smażone na naszych oczach na wybrany stopień wysmażenia. Wyobrażacie sobie coś takiego na naszej stołówce? Faszerowane pomidory, jedno z moich ulubionych stołówkowych dan, tez pewnie nie znalazłyby się w polskim menu. Wersja, która dziś przyrządzimy, będzie różniła się od francuskiej rodzajem mięsa użytym do nadzienia. We Francji używa się głównie mielonej wołowiny lub wieprzowiny, a my zastąpimy je mielonym mięsem z indyka.

SAM_1569-01

500g mielonego mięsa z indyka
8 dużych pomidorów
2 cebule
4 ząbki czosnku
2 kromki miękkiego chleba
Szklanka mleka
1 jajko
Papryka chili
Natka pietruszki, mięta, rozmaryn, tymianek
Sól i pieprz

SAM_1572-01
Odcinamy wierzch pomidorów i delikatnie usuwamy łyżeczką gniazda nasionowe. Solimy opróżnione wnętrze, żeby pomidory puściły nadmiar soku. Chleb namaczamy chwile z mleku, a potem mieszamy go z mięsem, jajkiem, posiekanymi ziołami, chili i przyprawami (Nie chciałam wyrzucać wnętrz pomidorów, więc dodałam je również do mięsa, wy zróbcie, jak chcecie). Wszystko razem mieszamy i wkładamy do wydrążonych pomidorów. Pieczemy przez 45 min w temperaturze 150 stopni.

SAM_1574-01

Pulpety indycze z marchewką

Przepis na pulpety z marchewką powstał przez brzydką pogodę. Miałam dużo czasu i zero ochoty, żeby wyjść na zakupy i uzupełnić składniki, jakie potrzebowałam do przygotowania zaplanowego dnia. Postanowiłam więc improwizować z tym, co miałam w lodówce. Znalazłam w niej mielone mięso indycze i włoszczyznę. Nie zapowiada się  za dobrze, co?  A jednak, będziecie jednak zdziwieni, jak smaczne i soczyste danie otrzymacie.

250 g mielonego mięsa indyczego
1 marchewka
1 chilli
1 cebula
1 jajko
2 ząbki czosnku
3 łyżki mąki
sól
pieprz
łyżka oleju roślinnego do smażenia

bulion:
1 marchewka
1 cebula
1 korzeń pietruszki
kawałek włoskiej kapusty
kawałek selera
2 liście laurowe
2-3 ziarenek ziela angielskiego
2-3 ziarenka pieprzu

Warzywa na bulion obieramy i kroimy na niewielkie kawałki. Zalewamy trzema szklankami wody, dorzucamy zioła i przyprawy i gotujemy ok. 20 minut. W tym czasie zajmiemy się przygotowaniem pulpetów.
Marchewkę i cebulę trzemy na tarce, następnie mieszamy z drobno pokrojoną papryczką chili, indykiem, jajkiem i mąką. Doprawiamy solą i pieprzem.Formujemy niewielkie pulpety. Smażymy je na oleju przez 2-3 minuty. Odlewamy tłuszcz, a pulpety zalewamy bulionem.Gotujemy przez 10-15 minut.