Zielone curry z grzybami

Długo uważałam się za osobę, która ma wysoką tolerancję na pikantne potrawy.  Wydawało mi się, ze skoro butelkę tabasco wypijam na śniadanie, a pizza diablo, żeby osiągnąć pożądany przeze mnie stopień ostrości, powinna być dodatkowo polana srirachą, to jestem prawdziwym hardkorem. Zdanie zmieniłam po wizycie w berlińskim sklepiku specjalizującym się w sprzedaży ostrych papryk i sosów, w którym miałam okazje przyjrzeć się bliżej skali ostrości Scovilla.  Sosy, których spożycie uważałam za absolutny szczyt swoich możliwości, okazały się dziecinną igraszką. Tabasco i sriracha 5-10 tysięcy scovilli,  Mellinda Mango 70 tysięcy,  a nawet sos Pain 100%  z jego 150  tysięcy scovilli znajdują się daleko od czołówki, w której znajdziecie sosy osiągające nawet 16 milionów scovilli (zainteresowanym polecam tę stronę). Mając wiec na uwadze swoje ograniczenia, do potraw w Tajlandii postanowiłam podchodzić z większą rezerwą. Na samym początku podróży zdążyło mi się nawet wypowiedzieć zdanie,  które do niedawna wydawało mi się niewypowiadalne „mało ostre proszę”. Okazało się jednak, ze nie mam się czego obawiać, bo jedzenie, które otrzymywaliśmy, było dostosowanie do łagodnych podniebień europejskich turystów. Całe szczęście na każdym stoliku można było znaleźć zestaw pierwszej pomocy, w którego skład wchodziły papryczki bird-eye, czosnek, sos rybny i niezidentyfikowane sosy chili. Tylko raz, podróżując po wyspie Ko-Lanta, trafiłam na potrawę tak ostrą , że prawie niemożliwą do zjedzenia. Przyjęłam jednak wyzwanie i pocąc się, i płacząc, udało mi się zjeść ponad połowę miseczki. Potrawą tą było zielone curry, które dzisiaj przygotujemy, oczywiście w nieco łagodniejszej wersji z grzybami.

3 łyżki zielonej pasty curry
3 papryczki chili
Niewielki bakłażan
Niewielka cukinia
Garść boczniaków
Garść suszonych grzybów shitake
Kilka suszonych grzybów mun
Puszka mleka kokosowego
3 łyżki sosu rybnego
2 łyżki cukru palmowego (można zastąpić syropem klonowym lub jedną łyżką miodu)
Łyżka oleju roślinnego
Kilka listków bazylii
Suszone grzyby zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na pół godziny. Po tym czasie odcedzamy je, zachowując wywar, a następnie kroimy na niewielkie kawałki. Jeśli są małe, pozostawiamy je w całości. Rozrabiamy na sos pastę tamaryndowca (tutaj opis). Bakłażana, cukinie i boczniaki kroimy w niewielkie paski. Chili kroimy wg uznania (im drobniejsze kawałki, tym danie będzie ostrzejsze). Imbir trzemy na tarce i mieszamy w miseczce z sosem rybnym i pastą tamaryndowca. Rozgrzewamy woka, na którego wlewamy olej, a następnie wrzucamy pastę curry. Smażymy ja przez minutę-dwie, po czym dorzucamy namoczone grzyby, a po kolejnych 2 minutach boczniaki i bakłażana. Dokładnie mieszamy od czasu do czasu dolewając odrobinę wywaru grzybowego. Po 3 minutach wlewamy mleko kokosowe, sos (rybny, imbir, tamaryndowiec) dorzucamy cukinie i chili, i dosładzamy cukrem palmowym. Całość gotujemy jeszcze 2 minuty (cukinia nie powinna stracić chrupkości). Podajemy z ryżem jaśminowym i bazylią.

Curry z Ko Lanty

Ratatouille

SAM_1583-01Podczas jednych z wakacji na studiach pracowałam we Francji jako pomoc domowa. Do moich obowiązków należało sprzątanie i pilnowanie znerwicowanych zwierząt. Był wśród nich kot o silnych skłonnościach samobójczych, który w owym czasie był właśnie po nieudanej próbie odebrania sobie życia. Nie przemyślał jednak biedak tego kroku, bo upadek z pierwszego piętra wystarczył jedynie na złamanie sobie przednich łapek. Był łatwy do upilnowania, bo gips sprawiał, że nie tylko chodził jak drewniana kukiełka, ale robił przy tym hałas na całe mieszkanie, uderzając gipsem o marmurową posadzkę. Pozostałe zwierzęta- dwa psy: jeden stary labrador i młodziutki cocker spaniel, były jeszcze mniej wymagające, cierpiały bowiem na agorafobię. Większość dnia nie wystawiały nosa spoza swojego posłania, a kiedy przychodziła pora spaceru, robiły wszystko, żeby była ona równie traumatyczna dla nich, jak i dla mnie. Zapierająć się z całej siły na łapach, skomlały rozpaczliwie, kiedy wytargiwałam je z mieszkania. Na zewnątrz szybko załatwiały swoje potrzeby i wyjąć na pół Paryża, łaskawie pozwalały się zaciągnąć do domu. Po powrocie z jednego takiego uroczego spaceru, w kuchni zastałam panią domu. Była w trakcie gotowania, co niezmiernie mnie zdziwiło, bo do tej pory wydawało się, że żywi się głównie garścią sałaty z plasterkiem szynki. Jak się jednak okazało, oczekiwano gości, więc codzienne menu zostało zastąpione niezwykle wykwintnym (sądząc po aromacie) daniem o pięknie brzmiącej nazwie ratatouille. Tyle tylko byłam w stanie dowiedzieć się od szefowej. Resztę sprawdziłam sobie sama zaglądając do garnka i kosztując potrawy, kiedy pani domu poszła pod prysznic. Po powrocie z pracy zajrzałam jeszcze do internetu i doczytałam, że danie pochodzi z Prowansji, a dokładniej z okolic Nicei, a jego nazwa pochodzi od słowa „rata”, które w wojskowym żargonie oznaczało prostą do przyrządzenia potrawę z zielonej fasolki, ziemniaków i sezonowych warzyw. Ratatouille, które ugotowałam tego wieczoru w Paryżu i te, które przygotujemy dzisiaj składa się z:

SAM_1559-01bakłażana,
cukinii
2 czerwonych papryk
4 pomidorów
2 cebul
3 ząbków czosnku
2 gałązek rozmarynu, bazylii i tymianku
soli i pieprzu
2 łyżek oliwy z oliwek

SAM_1562-01Cebulę kroimy w pióra i wrzucamy na rozgrzaną oliwę, gdy ta się zeszkli, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek. W między czasie kroimy warzywa w niewielką kostkę.Dorzucamy je do cebuli i czosnku, dodajemy zioła i przyprawy, i dusimy przez 30 min. Ratatouille świetnie sprawdza się jako dodatek do mięsa (zwłaszcza czerwonego), ale równie smaczne jest zjedzone z chlebem lub makaronem.