Bœuf bourguignon

Bœuf bourguignon czyli wołowina po burgundzku to klasyk kuchni francuskiej, składający się z dwóch tradycyjnych produktów Burgundii, regionu słynącego z hodowli krów i uprawy winorośli. Wołowina po burgundzku uważana jest za danie emblematyczne dla tego regionu, danie, które najlepiej oddaje charakter jego kuchni. Niegdyś tradycyjne danie świąteczne, goszczące na stołach burgundzkich chłopów, podbiło cały kraj i trafiło na stałe do menu nie tylko restauracji czy stołówek, ale również na sklepowe półki w postaci mrożonek czy konserw.

1 kg łopatki (karkówki lub rozbratla)
30 dag wędzonego boczku
3 cebule
2 marchewki
butelka czerwonego wina najlepiej burgunda
2 szklanki bulionu wołowego
3 dojrzałe pomidory lub jedna puszka pomidorów
zioła: pietruszka, tymianek,  3 liście laurowe, 4 ziela angielskie
2 łyżki oleju
sól, pieprz
szalotki
3 łyżki mąki
2 łyżki masła
 
Wołowinę kroimy w kostkę (bok ok. 5cm), posypujemy solą i pieprzem, i obsmażamy z  każdej strony na oleju. Następnie mięso przekładamy do żaroodpornego naczynia i odstawiamy. Odlewamy nadmiar tłuszczu, a następnie na patelnie wrzucamy pokrojony w niewielką kostkę boczek, smażymy go, a potem dokładamy do mięsa. Podobnie postępujemy z cebulą i marchewką, a w następnej kolejności z pomidorami i ziołami. Na koniec na patelnie wlewamy wino i dokładnie mieszamy z pozostałymi na patelni sokami. Wino dolewamy do mięsa i warzyw i całość wkładamy na ok.1.5-2 h po piekarnika rozgrzanego do 160 stopni. Kiedy mięso będzie miękkie, wykładamy je na durszlak, a naczynie z pozostałym sosem wstawiamy na ogień i odparowujemy do uzyskania 2-3 szklanek płynu. W osobnym rondelku rozpuszczamy masło i stopniowo łączymy je z mąką. Następnie stopniowo dolewamy pozostały z odparowania płyn i dokładnie mieszamy by uzyskać gładki sos. Połączymy go z mięsem i szalotkami, które wcześniej usmażymy na złoto na odrobinie masła i oleju. Jeśli nie macie w domu osoby, która nie cierpi pieczarek, możecie je również podsmażyć i podać z mięsem i cebulkami.

Razowa bagietka z rozmarynem

SAM_1759-01W pracy na co dzień pracuję z naszym oddziałem we Francji. Choć Francuzi na pewno nie należą do najłatwiejszych współpracowników, ja miałam szczęście trafić na naprawdę świetne osoby. Kiedy tylko nadarzy się okazja, wysyłamy sobie niewielkie prezenty. Wymiana trwa już trzeci rok i moje pomysły powoli się kończą. Od jakiegoś czasu zasypuje więc znajomych pytaniami, jaki polski produkt mógłby sprawić radość osobie z zagranicy. Próbowałam już większości słodyczy z Krakowskiego Kredensu, bo smaczny, lokalny i z ciekawym designem, czekoladek z alkoholem, a w końcu samego alkoholu w postaci orzechowej wódki. Do Francji poleciały również wedlowskie bombonierki i oscypki. Z ich strony sprawa wygląda znacznie prościej, bo cieszy mnie każda rzecz wyprodukowana we Francji, a niedostępna w Polsce. A jeśli mam okazje dostać jakiś produit artisanal, wytworzony tradycyjnie przez lokalnych producentów, to moje szczęście nie zna granic. Taka właśnie radość spotkała mnie ostatnio. Do pracy przylecialy dwa wspaniałe francuskie sery: reblochon i camembert de Normadie, i wypełniły swoim zapachem, ku przerażeniu kolegów, całe biuro. Zabrawszy je do domu, szybko zadecydowałam o losie reblochona (trafił do zamrażarki i czeka na zimę, by przemienić się w tartiflette), natomiast nad planami dotyczącymi camamberta musiałam się dłużej zastanowić. Szukałam potrawy, która najlepiej wydobyłaby jego smak, ale po namyśle uznałam, że tak wspaniały ser nie powinien być poddany żadnej obróbce i ze zjemy go najprościej jak się da, z bagietką. I to przy niej pozwolimy sobie na odrobinę szaleństwa i upieczemy są sami z razowej mąki z rozmarynem.

SAM_1732-01500 g razowej mąki
opakowanie suchych drożdzy
350 ml wody
2 łyżki soli
3 gałązki rozmarynu

SAM_1748-01
Drożdże rozpuszczamy w odrobinie letniej wody i 2 łyżkach mąki. Odstawiamy na 15 minut, by zaczęły pracować. Po tym czasie przelewamy je do większej misy i dosypujemy resztę mąki. Wlewamy połowę wody, solimy i zaczynamy wyrabiać (ręcznie lub robotem), stopniowo dodając resztę wody i pocięty na drobne kawałki rozmaryn. Po 10 minutach ciasto powinno być gotowe. Przekładamy je do naoliwionej misy i przykrywamy wilgotną ściereczką i odstawiamy na 1.5h do wyrośnięcia. Następnie delikatnie dzielimy ciasto na dwie części i z każdej równie delikatnie formujemy bagietkę. Ważne by jej za bardzo ugniatać, żeby nie pozbyć się ze środka pęcherzyków powietrza. Piekarnik rozgrzewamy do 230 stopni, a na jego dnie wykładamy naczynie z wodą (para wodna sprawi, że ciasto nie wyschnie). Uformowane bagietki pieczemy przez 20 minut.

SAM_1751-01

Faszerowane pomidory- tomates farcies

SAM_1585-01Mniej więcej o tej porze roku osiem lat temu spakowałam dwie wielkie walizki i ruszyłam na rocznego Erasmusa do Grenoble. Miasto nie przywitało mnie z otwartymi ramionami. Było dość zimno, padało, byłam zmęczona podrożą, a na dworcu nie było ruchomych schodów, ani działającej windy i musiałam sama wynieść moje bagaże po długich schodach, bo nikt nawet nie pomyślał, żeby zaoferować mi pomoc. Kiedy udało mi się dotrzeć do przystanku tramwajowego i ustalić, który tramwaj zabierze mnie na miasteczko studenckie, nie przewidziałam, że będę musiała z niego dwukrotnie wysiadać, bo bilety można było kupić tylko w maszynach na przystanku, a kiedy już się owy bilet się zakupiło, nie było szans, żeby go w tramwaju skasować, bo kasowniki ustawione były tylko na przystankach. Gdy w końcu dotarłam do akademika i wypełniłam stos dokumentów, dostałam klucz do mojego pokoju. Szybko wniosłam swoje bagaże na drugie piętro i otworzyłam drzwi, żeby poznać miejsce, w którym miałam spędzić kolejne miesiące. W pierwszym momencie myślałam, ze to jakaś pomyłka. W podaniu o akademik wybrałam opcje zakwaterowania tradycyjnego, ale do głowy mi nie przyszło, ze tak to może wyglądać. Pokój wyglądał gorzej niż jakikolwiek, jaki widziałam w Polsce. Meble były brudne, poza tym rozpadały się i śmierdziały pleśnią. Materac przeraźliwie skrzypiał i odciskał na moich placach każda sprężynę, krzesło przy biurku miało rozcięte nożem siedzenie i oparcie, a na podłodze brakowało polowy płytek, a ze ścian odchodziła tapeta. Poprzedni lokator musiał w pokoju cały czas palic, bo strasznie śmierdziało papierosami. Na cale piętro były dwa prysznice, dwie toalety i mała kuchnia z dwoma elektrycznymi palnikami, z których działam zwykle tylko jeden. Kuchnia była jedynym miejscem, w którym dało się złapać wifi, pod warunkiem, ze usiadło się w otwartym oknie.

Grenoble

Grenoble

Cala przyjemność miała mnie jednak kosztować tylko nieco ponad 100 euro miesięcznie, postanowiłam wiec zacisnąć zęby, rozpakować się, a następnie wyjść poszukać czegoś do jedzenia. Okazało się,  ze w moim świetnym akademiku działa stołówka. Choć to, co zobaczyłam w pokoju powinno mnie zniechęcić do jej odwiedzenia, byłam zbyt zmęczona, żeby upuścić kampus w poszukiwaniu jakiegoś sklepu (na terenie miasteczka zakazana była jakakolwiek komercyjna działalność, była tylko poczta, pralnia, stołówki i klub studencki). Jak się potem okazało, nawet gdybym postanowiła pojechać na zakupy do Lyonu, zajęłoby mi to mniej czasu, niż załatwianie wszystkich formalności uprawniających mnie do korzystania ze stołówki. Mieli do niej bowiem wstęp tylko studenci i pracownicy uniwersytetu, którzy mieli ważna legitymacje (giga kolejki do dziekanatu nie są tylko polską specjalnością) i doładowaną kartę prepaidową (kolejka do wyrobienia i osobna do doładowania). Nie miałam jednak czego żałować. Okazało się, ze trzydaniowe posiłki w stołówce kosztują jedynie 2.85 euro, a ich różnorodność i smak nie pozostawiają nic do życzenia. Jako przystawki serwowano np. salade frisée au jambon czyli sałatkę z dojrzewającą szynką lub wędzonym boczkiem z grzankami i sosem vinegret (dostępnym w wielkim garnku na środku sali), taboulé, czy kawałek pizzy, a na deser sery, owoce lub jogurt. Dwa z dań głównych były zwykle typowo francuskie, a jako trzecie serwowano rożnego rodzaju makarony czy lasagne. Na miasteczku była tez osobna stołówka, która serwowała jako danie słowne tylko i wyłącznie steki z frytkami. Mięso było smażone na naszych oczach na wybrany stopień wysmażenia. Wyobrażacie sobie coś takiego na naszej stołówce? Faszerowane pomidory, jedno z moich ulubionych stołówkowych dan, tez pewnie nie znalazłyby się w polskim menu. Wersja, która dziś przyrządzimy, będzie różniła się od francuskiej rodzajem mięsa użytym do nadzienia. We Francji używa się głównie mielonej wołowiny lub wieprzowiny, a my zastąpimy je mielonym mięsem z indyka.

SAM_1569-01

500g mielonego mięsa z indyka
8 dużych pomidorów
2 cebule
4 ząbki czosnku
2 kromki miękkiego chleba
Szklanka mleka
1 jajko
Papryka chili
Natka pietruszki, mięta, rozmaryn, tymianek
Sól i pieprz

SAM_1572-01
Odcinamy wierzch pomidorów i delikatnie usuwamy łyżeczką gniazda nasionowe. Solimy opróżnione wnętrze, żeby pomidory puściły nadmiar soku. Chleb namaczamy chwile z mleku, a potem mieszamy go z mięsem, jajkiem, posiekanymi ziołami, chili i przyprawami (Nie chciałam wyrzucać wnętrz pomidorów, więc dodałam je również do mięsa, wy zróbcie, jak chcecie). Wszystko razem mieszamy i wkładamy do wydrążonych pomidorów. Pieczemy przez 45 min w temperaturze 150 stopni.

SAM_1574-01

Ratatouille

SAM_1583-01Podczas jednych z wakacji na studiach pracowałam we Francji jako pomoc domowa. Do moich obowiązków należało sprzątanie i pilnowanie znerwicowanych zwierząt. Był wśród nich kot o silnych skłonnościach samobójczych, który w owym czasie był właśnie po nieudanej próbie odebrania sobie życia. Nie przemyślał jednak biedak tego kroku, bo upadek z pierwszego piętra wystarczył jedynie na złamanie sobie przednich łapek. Był łatwy do upilnowania, bo gips sprawiał, że nie tylko chodził jak drewniana kukiełka, ale robił przy tym hałas na całe mieszkanie, uderzając gipsem o marmurową posadzkę. Pozostałe zwierzęta- dwa psy: jeden stary labrador i młodziutki cocker spaniel, były jeszcze mniej wymagające, cierpiały bowiem na agorafobię. Większość dnia nie wystawiały nosa spoza swojego posłania, a kiedy przychodziła pora spaceru, robiły wszystko, żeby była ona równie traumatyczna dla nich, jak i dla mnie. Zapierająć się z całej siły na łapach, skomlały rozpaczliwie, kiedy wytargiwałam je z mieszkania. Na zewnątrz szybko załatwiały swoje potrzeby i wyjąć na pół Paryża, łaskawie pozwalały się zaciągnąć do domu. Po powrocie z jednego takiego uroczego spaceru, w kuchni zastałam panią domu. Była w trakcie gotowania, co niezmiernie mnie zdziwiło, bo do tej pory wydawało się, że żywi się głównie garścią sałaty z plasterkiem szynki. Jak się jednak okazało, oczekiwano gości, więc codzienne menu zostało zastąpione niezwykle wykwintnym (sądząc po aromacie) daniem o pięknie brzmiącej nazwie ratatouille. Tyle tylko byłam w stanie dowiedzieć się od szefowej. Resztę sprawdziłam sobie sama zaglądając do garnka i kosztując potrawy, kiedy pani domu poszła pod prysznic. Po powrocie z pracy zajrzałam jeszcze do internetu i doczytałam, że danie pochodzi z Prowansji, a dokładniej z okolic Nicei, a jego nazwa pochodzi od słowa „rata”, które w wojskowym żargonie oznaczało prostą do przyrządzenia potrawę z zielonej fasolki, ziemniaków i sezonowych warzyw. Ratatouille, które ugotowałam tego wieczoru w Paryżu i te, które przygotujemy dzisiaj składa się z:

SAM_1559-01bakłażana,
cukinii
2 czerwonych papryk
4 pomidorów
2 cebul
3 ząbków czosnku
2 gałązek rozmarynu, bazylii i tymianku
soli i pieprzu
2 łyżek oliwy z oliwek

SAM_1562-01Cebulę kroimy w pióra i wrzucamy na rozgrzaną oliwę, gdy ta się zeszkli, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek. W między czasie kroimy warzywa w niewielką kostkę.Dorzucamy je do cebuli i czosnku, dodajemy zioła i przyprawy, i dusimy przez 30 min. Ratatouille świetnie sprawdza się jako dodatek do mięsa (zwłaszcza czerwonego), ale równie smaczne jest zjedzone z chlebem lub makaronem.

Quiche z szynką i szpinakiem

Quiche to ciasto składające się z kruchego ciasta i wytrawnego nadzienia zalanego śmietaną wymieszaną z jajkami. Przypomina trochę tartę, ale w odróżnieniu od niej nigdy nie jest słodki, a jego nadzienie jest bardziej jajeczne. Najpopularniejszym quichem (a w zasadzie najpopularniejszą quichą, bo quichem jest rodzaju żeńskiego) jest quiche z wędzonym boczkiem i serem gruyere czyli quiche lorraine. Ja jednak zostałam obdarowana pięknym kawałkiem samodzielnie wędzonej szynki, więc postanowiłam zmodyfikować przepis. Dorzuciłam jeszcze młody szpinak i oto, co z tego powstało.

20 dag wędzonej szynki
opakowanie młodego szpinaku
10 dag startego ementalera
3 jajka
kubeczek śmietany 18%
1 białko
sól
pieprz

Ciasto:
250 dag mąki
120 dag zimnego masła
1 żółtko
pół szklanki zimnej wody
sól

Mąkę wysypujemy na blat, kładziemy na nim masło i siekamy je nożem. Wbijamy żółtko, lekko solimy i jak najszybciej zarabiamy stopniowo dolewając zimnej wody- niekoniecznie aż połowę szklanki, jeśli ciasto będzie miało dobrą konsystencję można jej dolać mniej. Ciasto zawijamy w folię aluminiową i wkładamy na 20-30 min do lodówki. Po tym czasie rozwałkujemy ciasto i wkładamy je na formę. Nakłuwamy widelcem, przykrywamy papierem do pieczenia, na który wysypujemy ryż (ciasto się nie podniesie) i wsadzamy do pieca nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy ok. 10-15 minut.W tym czasie kroimy szynkę na niewielkie kostki. Wrzucamy je na zimną patelnie i stawiamy na ogniu. Smażymy przez ok. 10 min. Po tym czasie szynkę mieszamy ze szpinakiem, większością tartego sera (resztą posypiemy quiche przed pieczeniem), śmietaną i jajkami. Doprawiamy odrobiną soli (wędzona szynka jest sama w sobie dość słona) i pieprzem. Mieszkankę wlewamy na ciasto, posypujemy resztą sera i ponownie władamy je na 15-20 minut do pieca.

Endives au jambon-zapiekane cykorie z szynką

Cykoria świetnie sprawdza się zimą, kiedy wybór na stoisku z warzywami przyprawia o depresje. Jest ona bowiem warzywem zimowym- rośnie w zimnie i w ciemności. Jak głosi legenda cykoria, zwana również białym złotem Belgii, została odkryta przez przypadek: kiedy w XIX wieku belgijski wieśniak powrócił do opuszczonego w czasie rewolucji gospodarstwa, odkrył, że porzucone w piwnicy korzenie cykorii wypuściły liście. Spróbował ich, okazały się smaczne. Inne źródła podają, że to nijaki Bressier, ogrodnik w Ogrodzie Botanicznym w Brukseli, przez przypadek zasypał ziemią korzenie cykorii przeznaczonej do produkcji kawy. Jakakolwiek była historia jej odkrycia, cykoria szybko podbiła serca Belgów i Francuzów. Dla tych ostatnich, cykoria w szynce zapiekana w beszamelu jest klasykiem. Ja dzisiaj przygotuję ją jednak z polskim twistem, który sprawi, że potrawa będzie bardziej wyrazista. Francuzi, zamknijcie oczy! Cykorie zawijamy z szynką i z… bryndzą.

4 cykorie
4  duże plastry szynki
2 duże plastry sera żółtego
połowa kostki bryndzy
3/4 szklanki mleka
3 łyżki mąki
1/4 kostki masła
gałka muszkatołowa
sól, pieprz
2 łyżki posiekanej zielonej cebulki

Cykorie gotujemy w osolonej wodzie przez 30 min. Na 10 minut przed końcem, zabieramy się za sos beszamelowy. Masło roztapiamy w rondelku. Kiedy zaczyna pachnieć, dodajemy mąkę i energicznie mieszamy. Gdy się zarumieni, wlewamy mleko i dokładnie mieszamy, aż do uzyskania jednolitej konsystencji. Dodajemy łyżeczkę gałki muszkatołowej, sól i pieprz. Plastry szynki smarujemy bryndzą i owijamy w nie cykorię. Zawinięte warzywa układamy w naczyniu, którego dno pokrywamy 1/3 sosu beszamelowego. Resztę sosu wlewamy na cykorie, przykrywamy plastrami sera żółtego i posypujemy zieloną cebulką. Zapiekamy przez 15 min w 20 stopniach.

Hachis parmentier

Długo byłam przekonana, że nazwa hachis parmentier oznacza „mielone z Parmy”. Mój błąd. W rzeczywistości potrawa pochodzi z XVIII wieku. Wtedy to nijaki Antoine-Augustin Parmentier, aptekarz i równocześnie francuski jeniec przetrzymywany w Niemczech, zakochał się w ziemniakach i postanowił rozsławić ich smak i wartości odżywcze, które miały pomóc w walce z głodem. Ziemniaki, popularne już w Niemczech i w Hiszpanii, we Francji służyły nadal jako pasza dla zwierząt, a niektóry oskarżali je o wywoływanie chorób, w tym nawet trądu.. Po powrocie do ojczyzny, Antoine-Augustin postanawia więc przekonać do swojego pomysłu króla Ludwika XV. W tym celu przygotowuje dla króla i jego dworu potrawę z ziemniaków i resztek mielonego mięsa. Król daje się przekonać i ofiaruje Parmentierowi pole ziemniaków pod Paryżem (jakim cudem zwykły aptekarz załatwia sobie audiencje i do tego namawia króla do spróbowania chorobotwórczej paszy- tego nie udało mi się ustalić).  Uprawa ziemniaków jest w ciągu dnia pilnowana przez królewską straż, przez co wzbudza żywe zainteresowane lokalnej ludności.  Kiedy wieczorem straż opuszcza posterunek, nic nie stoi już na przeszkodzie, żeby sobie tych królewskich rarytasów nie uszczknąć, spróbować i się nimi zachwycić. Czyli zrobić dokładnie to, co szczwanie zaplanował aptekarz..

Kilogram mielonej wołowiny
Kilogram ziemniaków
Pol szklanki mleka
2 łyżki masła
2 pomidory
2 duże cebule
3 ząbki czosnku
4 łyżki tartego parmezanu
Ostra papryka
Zioła prowansalskie
Sól
Pieprz (ilość wszystkich przypraw wg uznania)
Jajko
2 łyżki maki
2 łyżki oleju roślinnego

Ziemniaki gotujemy do miękkości. Odstawiamy do ostudzenia. Cebule i czosnek kroimy na niewielkie kawałki, smażymy na oleju do zeszklenia. Dodajemy mięso, pomidory bez skorki i przyprawy. Dusimy przez ok. 7 minut (mięso będzie dochodzić jeszcze w piekarniku, więc uwaga, żeby go nie przesuszyć). Na koniec dodajemy mąkę i jajko i starannie mieszamy. Do ziemniaków dodajemy mleko, masło i parmezan. Wszystko blenderujemy. Doprawiamy solą. Mięso nakładamy do żaroodpornego naczynia. Na wierch kładziemy  ziemniaczane purée. Zapiekamy przez 25 min w piekarniku nastawionym na 200 stopni.

Zupa porowo-ziemniaczana

Miałam dość duży problem, jak nazwać moją potrawę. Zasady klasycznej kuchni francuskiej są jasne: crème to zupa przecierowa zagęszczona przed podaniem śmietaną, a w velouté do śmietany dodaje się dodatkowo żółtko. Uznajmy więc, że mojej zupie najbliżej jej do Vichyssoise, tyle że bez śmietany. Ale żeby nie drażnić kulinarnych konserwatystów, pozostałam jednak przy terminie zupa. Szkoda czasu na terminologiczne dywagacje.

3 pory
4 średnie ziemniaki
szklanka gęstego bulionu drobiowego
szklanka wody
sól, pieprz
łyżka masła

Pory i ziemniaki kroimy w cienkie plasterki i wrzucamy na rozgrzane masło. Smażymy przez ok 10 min. Po tym czasie zalewamy bulionem i dusimy przez 20-30 min, dolewając wodę, tak by przykrywała powierzchnie warzyw. Gdy ziemniaki zmiękną, zupę zdejmujemy z ognia i chłodzimy. Gdy przestanie być gorąca dokładnie blenderujemy. Przyprawiamy solą i pieprzem. Podajemy z grzankami.

Sałatka piemoncka

Wyjeżdżając na Erasmusa byłam całkowicie anty-górska i nawet w pewnym sensie dumna z siebie, że pochodząc z gór, jestem w stanie je tak doskonale ignorować. Wszystko zmieniło się w Grenoble. Po pierwsze trafiłam na bardzo górskie koleżanki, które wciągnęły mnie w trekking, a po drugie takich gór, jak Alpy naprawdę nie dało się po prostu olać.  Poza tym, za niewielką opłatą można było zapisać się do studenckiej grupy górskiej i co piątek zdobywać kolejne szczyty.  Jednym z obowiązkowych punktów każdej wycieczki był piknik na szlaku. W akademiku nie było warunków do jakiegoś wielkiego gotowania, poza tym nie można było zaszaleć, bo jedzenie samo się na góry nie wynosiło. Trzeba było znaleźć coś łatwo dostępnego (do kupienia w pobliskim dyskoncie), taniego, sycącego i niewiele ważącego. Dość szybko obowiązkową pozycją w moim plecaku stała się sałatka piemoncka. Wystarczyło dołożyć bagietkę, najlepiej z suchą kiełbasą oraz pomidorki i ruszyć w góry.

4 ziemniaki
2 jajka
15 dag szynki
5 małych korniszonów
pomidor
cebula
1/2 małego  jogurtu i naturalnego twarożku (lub majonez, jak jest w wersji tradycyjnej)
sól, pieprz

Ziemniaki gotujemy i kroimy w niewielką kostkę.Podobnie jajka. Dodajemy pokrojone warzywa. Mieszamy jogurt naturalny z twarożkiem, Doprawiamy solą i pieprzem. Łączymy z pozostałymi składnikami.

Sałatka nicejska

Sałatka nicejska, salade niçoise,  czyli jedna z podstawowych przystawek prowansalskich składa się głownie z crudités czyli świeżych, surowych warzyw: pomidorów, czerwonej cebuli, czarnych oliwek, jajek i anchois i tuńczyka.  Jeśli chodzi o pozostałe składniki, to trwa o nie prawdziwa wojna. Wystarczy wpisać salade niçoise w Googla, żeby być jej świadkiem. Dziesiątki przepisów na „prawdziwą”, oryginalną”, „tradycyjną”, „autentyczną” sałatkę nicejska, a każdy z nich jest inny. Trwają zażarte spory, czy powinno się do niej dodać gotowane warzywa takie jak zielona fasolka i ziemniaki, czy tuńczyk jest rzeczywiście obowiązkowym składnikiem, spoko przez swoja cenę był dość rzadko używany, czy sałata faktycznie powinna się znaleźć na talerzu, a co z papryką czy rzodkiewką?  Długo by wymieniać. Jeśli jesteście zainteresowani zerknijcie na stronę Slate.fr i poszukajcie: La vraie recette de la salade niçoise. Poznacie zdanie prawdziwie prawdziwego nicejskiego lokalsa, który wytłumaczy wam, jakie składniki są obowiązkowe, jakie można ostatecznie dopuścić (pamiętając żeby przy ich spożywaniu zachować dostatecznie zniesmaczony wyraz twarzy) i te, których absolutnie należy unikać. My będziemy jednak mniej  ortodoksyjni i w naszej sałatce użyjemy następujących składników:

Dwie główki sałaty rzymskiej
Garść pomidorków koktajlowych
Garść czarnych oliwek
Mała czerwona cebula
150 gr zielonej fasolki
2 jajka
6 filetów anchois
Puszka tuńczyka z sosie własnym

Fasolkę wrzucamy na 3 minuty do gorącej wody. Chcemy, żeby była soczyście zielona i chrupiąca.  Jajka gotujemy 6 minut, obieramy i dzielimy na połówki. Sałatę dzielimy na mniejsze kawałki, dodajemy przepołowione pomidorki, oliwki, fasolkę, pokrojoną w krążki cebulę, tuńczyka i anchois. Na wierzchu układamy jajka. Podajemy z sosem vinaigrette.